Kraj zorganizowanego chaosu
- Wizy? Jakie wizy??? – dziwi się pracownik ambasady macedońskiej w Bułgarii.
-Obowiązek wizowy w stosunku do obywateli nowych krajów Unii Europejskiej zniesiono tej nocy! Właśnie dostaliśmy faks w tej sprawie – wygłasza i spokojnie odchodzi, wprawiając w osłupienie nawet Jovana i Bosko - chłopaków z Youth Forum Eye, koordynatorów wolontariatu europejskiego w Macedonii i przewodników naszej kilkunastoosobowej grupki.
 
Rzecz działa się 15 września 2005 roku – w dniu, kiedy miało przestać obowiązywać wprowadzone tylko na czas wakacji zarządzenie o ruchu bezwizowym między Macedonią i nowymi państwami UE. Oznaczało to, że my – czyli wolontariusze z Polski, Litwy i Łotwy, w Macedonii mieszkający od kilku miesięcy - musieliśmy przedłużyć wizy na pobyt w tym kraju. Aby wyrobić wizę, należy udać się do ambasady, a najbliższa ambasada Macedonii znajduje się w Bułgarii. Dzień wcześniej Jovan i Bosko przejechali więc całą Macedonię, zabierając po drodze wolontariuszy, pracujących w różnych miastach i organizacjach. Granicę macedońsko-bułgarską przekroczyliśmy wspólnie grubo po północy, otrzymując burę od celników, że do ambasady wybieramy się tak późno. Zatłoczonym busem tłukliśmy się przez całą noc. W nagrodę o świcie mieliśmy okazję podziwiać piękną stolicę Bułgarii – Sofię. Jeśli oczywiście ktoś z nas potrafił wykrzesać z siebie energię, żeby otworzyć oczy. Przez następne parę godzin czatowaliśmy pod ambasadą, potem – na jej korytarzu. Przed południem pojawił się wreszcie upragniony urzędnik. Wyciągnęliśmy paszporty…
- Wizy? Jakie wizy???
 
W tym momencie nawet zawsze pewny siebie Bosko miał głupią minę, a wprawić w zdumienie Macedończyka – to nie lada sztuka! W tej części świata nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy dzień przynosi niespodziankę – mniej lub bardziej przyjemną. Mimo że wyraźnie figuruje w rozkładzie jazdy - o oznaczonej porze autobus nie zjawia się. Ba, z nieznanych przyczyn tego dnia nie przyjeżdża wcale. Cena towaru na straganie rośnie dziesięciokrotnie, kiedy zapyta o nią cudzoziemiec. Nie wykluczone jednak, że straganiarz - widząc nasze oburzenie - ten sam towar zaoferuje … za darmo! Zdarza się, że nagle wyłączają wodę albo gaśnie światło w całym mieście. Jednak tylko stranci (cudzoziemcy) niepokoją się takimi błahostkami.Rodowity Macedończyk wyroki losu przyjmuje ze stoickim spokojem:
- Nie przyjechał autobus? Ne ma problem (nie ma problemu), poczekamy na następny. Za toa ke imame vreme da pieme kafe! (W takim razie mamy czas na kawę!) - ucieszy się.
I w Polsce, i w Macedonii obowiązuje ta sama strefa czasowa. Ja musiałam jednak dokonać wysiłku przestawienia się na czas bałkański – czas, w którym niezależnie od okoliczności, o każdej porze dnia i nocy, jest miejsce na kawę z przyjaciółmi.
 
Początkowo nie było mi łatwo wpasować się w spokojny rytm macedońskiego miasteczka - wcześniej ciągle żyłam w biegu. W Macedonii zaś pracę zostawia się na ostatnią chwilę, bo przecież w życiu liczy się zupełnie coś innego. Z drugiej strony, macedońskie ne ma problem prowadzi do tego, że wiele zagadnień to kwestia improwizacji. Dlatego niektóre rzeczy sprawiają tu wrażenie niedokończonych, zaniechanych w połowie drogi lub naprędce skleconych. Przykłady pierwsze z brzegu: chodniki Kumanova – miasta, w którym mieszkałam i pracowałam z współwolontariuszką Magdą – straszą dziurami, których nikt nie stara się naprawić. W programach telewizyjnych usterki techniczne to norma, a nie wyjątek. W ruchu ulicznym trudno odnaleźć reguły - panuje wolna amerykanka. Ale – o dziwo - cały ten system funkcjonuje w miarę harmonijnie. Może więc ten pozorny chaos to po prostu wyższa forma organizacji? Jednym słowem - w tym szaleństwie jest metoda…
 
Największym fenomenem Macedonii jest jej niejednoznaczność – kraj ten tworzy trudną do zdefiniowania mozaikę. Przed chwilą wspominałam o dziurawych ulicach Kumanova. Tak - mnie i Magdzie zdarzało się potykać o śmieci, omijać dziury i chodzić ulicą, bo to, co miało być chodnikiem – przypominało go tylko z nazwy. Kumanovo – według niektórych źródeł drugie co do wielkości miasto w Macedonii – to betonowa wioska. Jednak w tym samym kraju – kraju, który można przemierzyć samochodem w cztery godziny – odnajdziemy też krajobrazy prosto z bajki. Pierwszy na myśl przychodzi oczywiście Ohryd - z otoczonym górami przejrzystym jeziorem, antycznym amfiteatrem, twierdzą bułgarskiego cara Samuila i wąskimi, kamiennymi uliczkami, w których kryją się niewielkie kamienne cerkwie i meczety.
 
Ohryd nie jest jedyną atrakcją Macedonii – wiele innych miejsc warto odwiedzić. Nie chcę jednak konkurować z autorami przewodników turystycznych, więc nie zamieszczę tu ich katalogu (miejsc do obejrzenie, a nie przewodników:). Zresztą - oprócz mozaiki architektonicznej kraj oferuje mieszankę kulturową, etniczną i religijną. W Macedonii nawet zdefiniowanie języka nie jest sprawą prostą. Jak z uśmiechem wyjaśniają Macedończycy – gramatyka ich języka została spisana w jedną noc, na kolanie. Literackiego macedońskiego używa się w szkołach, na uniwersytetach, w telewizji i w czasie oficjalnych przemówień. Język ten najbardziej przypomina bułgarski, a jego cechą charakterystyczną jest - rzadko zdarzający się wśród Słowian - brak przypadków. Nawet jednak biegła znajomość literackiego macedońskiego nie gwarantuje, że bez problemu dogadamy się z miejscowymi. Praktycznie każde większe macedońskie miasto używa własnego dialektu, który czasami – tak jak w przypadku Kumanova – niewiele ma wspólnego z oficjalnym językiem. W Kumanovie mówi się więc po kumanovsku, a już w oddalonym o 35 kilometrów Skopje – po skopsku.
 
Jak gdyby tego nie było dość – porozumienie pokojowe, kończące konflikt zbrojny, który miał miejsce w Macedonii w 2001 roku - wprowadziło zmiany w macedońskiej konstytucji. Miały one na celu poprawę sytuacji mniejszości narodowych (z których największą – 25% – stanowią Albańczycy). Obecnie albański jest drugim urzędowym językiem w tych częściach kraju, gdzie żyje co najmniej 20% Albańczyków. Skutkiem ubocznym zmian jest to, że coraz częściej młodzi Albańczycy nie są w stanie porozumieć się w języku kraju, w którym żyją. W ich szkołach lekcje prowadzone są po albańsku, a macedoński traktowany jest jak język obcy. Czas wolny spędzają również „wśród swoich”. W Kumanovie życie macedońskiej i albańskiej części miasta toczy się odrębnym trybem. Obie grupy zdają się wzajemnie ignorować. Jak to jednak w Macedonii bywa – dotyczy to tylko niektórych regionów, inne zaprzątnięte są zupełnie odmiennymi problemami.
 
Na południe Europy wybrałam się, żeby zrozumieć sytuację byłej Jugosławii. Czy mi się udało? Mam świadomość, że przez pół roku dotarłam do kilku z wielu warstw – wierzchołka góry lodowej. W dodatku mogę opowiadać tylko o Macedonii, nie o całej byłej Jugosławii. Czy warto więc było? Przyznam się Wam, że – mieszkając w Macedonii - średnio raz dziennie przeklinałam ten chaotyczny kraj i absurdalne sytuacje, których doświadczałam. Jednak - dla Ochrydzkiego Jeziora, dla bałkańskich pieśni, wreszcie - dla mieszkańców Macedonii, którym pozazdrościć można pogody ducha – było warto!
Anna Tuz
anna_tuz@interia.pl