Łukasz Pastor - Wielka Brytania 2006/07

Łukasz, 22 lata, student polonistyki.

O EVS-ie dowiedziałem się w nietypowych dość okolicznościach od pewnej dziewczyny, którą poznałem na dwa tygodnie przed jej wyjazdem na projekt. Bardzo mi zaimponowała, ponieważ pomimo ogólnego zdezorientowania i niepewności wiedziała, że kosztem (jak to się brzydko mówi) „roku w plecy” chce przeżyć przygodę swojego życia i zrobić coś ponadprzeciętnego. I oczywiście pojechała.
Wyjechałem na projekt w wieku 21 lat. Uważam to za jak najbardziej odpowiedni czas na wdrażanie się w życie typowego wolontariusza, podróżowanie, zwiedzanie, poznawanie nowych ludzi, czy naukę języka obcego. Oczywiście wymienione atrakcje to tylko niektóre z zalet bycia uczestnikiem wolontariatu europejskiego. W praktyce jest ich zdecydowanie więcej, ale nie sposób je wszystkie tu wymienić.
Pobyt za granicą rozpoczął się spotkaniem innych wolontariuszy na lotnisku Heathrow w Londynie. Wspominam to bardzo milo, ale muszę przyznać, że niełatwo było mi wypowiedzieć pierwszy raz w życiu jakiekolwiek słowa do obcokrajowców, kiedy to byłem z każdej strony naświetlany spojrzeniami mnóstwa nie znających ani mnie, ani siebie nawzajem osób i poziom moich umiejętności językowych nie należał do wysokich. Tylko kto powiedział, że będzie łatwo?
Wszyscy przyszli wolontariusze zostali zawiezieni do Muswell Hill – przepięknej, a co za tym idzie, bogatej londyńskiej dzielnicy. Tam właśnie miało miejsce pierwsze szkolenie, na którym poznałem ponad pięćdziesiąt osób – interesujących bądź też mniej ciekawych, ale to wtedy było naprawdę mało istotne, gdyż wszyscy byli jeszcze nieco zdezorientowani, choć tak naprawdę pierwsze seminarium w dużym stopniu przyczyniło się do zawiązania wolontariackich przyjaźni, które kontynuowaliśmy aż do końca trwania naszych projektów, a nawet kontynuujemy teraz!
W trakcie szkolenia dowiedzieliśmy się o najważniejszych sprawach: jak ten rok ma wyglądać, kto za nas odpowiada, do kogo dzwonić w przypadku napadu jakiejś desperacji, a nawet co zrobić, żeby nie spalić organizacji goszczącej. Przeprowadzono mnóstwo gier integracyjnych, prezentacji krajów itd. Oczywiście z wielkim sentymentem będę wspominał to drugie: grupka Polaków (w tym ja) przygotowała genialną lekcję poloneza jako najbardziej typowego tańca polskiego, Nigdy nie zapomnę wzdychających ze wzruszenia Amerykanów, którzy widzieli zapatrzonych w swoje partnerki tancerzy, prezentujących z oddaniem polską tradycję, przemierzających dumnie parkiet w podwójnych parach… .
Po zakończeniu seminarium rozesłano wolontariuszy do ich organizacji goszczących.  Ja trafiłem do wschodniej części Londynu. Około 85% mieszkańców dzielnicy, na terenie której znajdowała się moja organizacja goszcząca, stanowili imigranci afrykańscy bądź azjatyccy, a co za tym idzie, jako biały człowiek należałem tam raczej do rzadkości. Początkowo czułem się nienaturalnie, gdyż w przeszłości nie miałem żadnych kontaktów z tak wielką różnorodnością kulturową, ale szok nie trwał długo. Większym problemem była moja współlokatorka, z którą nie mogłem znaleźć wspólnego języka. Zajęło nam około czterech miesięcy jako takie przyzwyczajenie się do siebie, zaś już po dziesięciu miesiącach wspólnego mieszkania naprawdę żal było się rozstawać, a to tylko dowód, że pomimo, iż nie było łatwo, to cel (po kilku miesiącach wyrzeczeń i chodzenia na ustępstwa – ale już chyba mówiłem: nikt nie powiedział, że będzie łatwo!) został osiągnięty.
Moją organizacją goszczącą było The Froud Centre – jednostka odpowiadająca w pewien sposób polskiemu domowi kultury. Zajmowałem się przeróżnymi projektami. Do moich podstawowych obowiązków należała przede wszystkim praca w recepcji. Łączyło się to z wykonywaniem drobnej pracy biurowej oraz administrowaniem budynku. Pracowałem także z dziećmi w tzw. breakfast club oraz after school club. Breakfast club polegał na przygotowywaniu dzieciom śniadania I zaprowadzaniu ich do szkoły. After school club działał podobnie. Odbieraliśmy dzieci ze szkoły, organizowaliśmy jakiś posiłek i wymyślaliśmy przeróżne gry i zabawy. Dzieci pozostawały z nami do czasu, kiedy to rodzice odbierali je z Froud Centre. Jeszcze jednym zadaniem była praca z dziećmi z porażeniem mózgowym (ok. sześciu godzin tygodniowo). Brałem też udział w projekcie poświęconym nawiązaniu współpracy pomiędzy grupami spotykającymi się we Froud Centre, a grupy te były przeróżne: od artystycznych aż po religijne,
Trzeba zdecydowanie zaznaczyć, że z miejscem, o którym napisałem wyżej, związany byłem średnio pięć dni w tygodniu. Wszystkie weekendy oraz święta pożytkowałem w sposób taki, w jaki chciałem, a skoro Londyn nie kończył się na Newhamie, mojej lokatorce z mieszkania i współpracownikach, to każdą wolną chwilę spędzałem z moimi przyjaciółmi w przeróżny sposób. Wspólnie chadzaliśmy po barach, klubach, podróżowaliśmy, organizowaliśmy przeróżne imprezy. Nie przypominam sobie weekendu, kiedy nie miałbym co robić i np. zostałbym w swoim mieszkaniu. Zawsze znalazł się ktoś z pomysłem na weekend. W pamięci mam tylko jedną z pozoru nudną sytuację, kiedy to nie wiedząc, co zrobić, wybraliśmy się do jakiejś nudnej galerii, a wcześniej  przechadzaliśmy się bezcelowo po jednym z londyńskich parków i zupełnie przypadkiem natknęliśmy się na recital George’a Michaela! Jak widać, wolontariat zaskakuje!
Nieodłącznym elementem bycia na wolontariacie w innym kraju jest podróżowanie. W naturze wolontariusza leży składanie wizyt innym znajomym „po fachu” i zapraszanie ich do siebie. Dzięki temu można zwiedzić mnóstwo miejsc oraz poznać genialnych ludzi. Jak już wspomniałem, podróżowanie było dla mnie nieodłącznym elementem mojego pobytu za granicą, ale w porównaniu z moimi znajomymi wypadam naprawdę miernie… . W trakcie trwania projektu zwiedziłem Londyn praktycznie na piechotę (bo bieda), byłem w Malvern, Oxfordzie, Cambridge, dwukrotnie w Edynburgu, w Glasgow, Bath, Bristolu, Manchesterze, Brighton  oraz w mniej istotnych miejscowościach. Także dzięki zdyscyplinowaniu przyjaciół i ich ogromnemu samozaparciu, wybrałem się z innymi wolontariuszami do Turcji i Hiszpanii.
Z faktu, że pracowałem m.in. z dziećmi, miałem same doraźne korzyści, np. chadzałem często do kina, na łyżwy, brałem udział w rajdach rowerowych… . Często chodziliśmy do parków rozrywki oraz na kręgle. Czasem bywało ciężko, wszak naprawdę trudno było zapanować nad czterdzieściorgiem gadulców (bez względu na to, ilu jest opiekunów), ale drobna kara zwykle przywoływała rozrabiaki do porządku.
Długo by opowiadać. Dziś minął szósty miesiąc od zakończenia mojego projektu, a ja mam wrażenie, jakby to było wczoraj, ba, jakby on wciąż trwał.
Tak wyglądał mój projekt EVS-owski. Gdybym mógł jechać na wolontariat jeszcze raz, zrobiłbym to bez wahania. Dajcie mi tylko bilet!... .
Łukasz Pastor