Okruchy wspomień, czyli EVS w Estonii
 
Pierwszy raz swoją stopę na maleńkiej estońskiej ziemi postawiłam 5 września 2005r. Przyjechałam do Estonii, aby pomagać opiekować się dziećmi niepełnosprawnymi, które mieszkają w Ośrodku w maleńkiej osadzie Imastu na północy Estonii. O Imastu, dzieciakach i roku spędzonym na projekcie, jak każdy wolontariusz EVS, mogłabym napisać książkę w trzech tomach, ale tutaj i teraz oczywiście nie zamierzam tego robić.
 
Nauka estońskiego po estońsku – to nie jest niemożliwe
 
Pierwsze 10 dni w Estonii mamy spędzić w Tallinie. Wycieczki, poznawanie miasta, siebie nawzajem wszystko ekscytujące, ale najbardziej nasze myśli zaprząta kurs języka estońskiego. Marjon, Bethan, Julliane i ja jesteśmy szczególnie nastawione na pilna naukę. Będziemy razem pracować w Imastu i wszyscy podkreślają, że język będzie nam tam szczególnie potrzebny.
Pierwsza lekcja i…. okazuje się ze będziemy się uczyć głównie po estońsku!
Tak się składa, ze nasza nauczycielka niezbyt dobrze radzi sobie w angielskim, z niemieckim z kolei my mamy problemy, pozostaje więc estoński i szeroko rozumiany język migowy. Język estoński ma 13 przypadków!, dwa rodzaje bezokoliczników, nie posiada czasu przyszłego i w większości przypadków zamiast spójników używa się odmiennych końcówek w wyrazach, nic więc dziwnego, ze podczas lekcji w powietrzu unoszą się wielkie znaki zapytania. A po zaledwie jednej godzinie przypominamy ludzi, którzy zakończyli całodniową orkę na ugorze.
Nie ma tego złego. Niektóre rzeczy w ten sposób zapadają nam głęboko w pamięć, poza tym doskonalimy umiejętność pracy zespołowej. Każdy zrozumiał jakąś tam część i stara się wytłumaczyć innym. Przekazywanie wiedzy na zasadzie polskiego powiedzenia: „uczył Marcin Marcina…” jest bardzo zabawne :)
Nasze umiejętności lingwistyczne udoskonaliłyśmy już na projekcie.
 
Poznajmy się, czyli kłopoty z komunikacja….
 
Estończycy są ludźmi raczej skrytymi i zamkniętymi. Musi upłynąć trochę czasu nim zaufają obcemu na tyle, by w ogóle zacząć z nim rozmawiać. Początki więc nie były łatwe. Nasze pierwsze kroki w estońskim stawialiśmy więc starając komunikować się z dziećmi. Naprawdę na początku musiały myśleć, że zwariowaliśmy, bo jak na przykład wytłumaczyć fakt, że ktoś mówi ci żebyś usiadł, a potem nie wiedzieć czemu oczekuje ze wstaniesz? Na szczęście taka sytuacja nie trwała długo. Poza tym szybko sprawdziła się stara prawda, ze najlepszym sposobem komunikacji z dzieckiem jest dotyk, przytulenie, ciepły uścisk.
Po pewnym czasie okazało się również, że wszyscy pracownicy w mojej grupie I większość w Imastu, znają rosyjski, co bardzo ułatwiło moje życie. Dzis opiekunowie mojej grupy sa jednymi z najblizszych mi ludzi, ktorych darze szacunkiem i zaufaniem.
 
EVS czyli jak spotkac ciekawych ludzi
        
Jednym z moich pierwszych bardzo oryginalnych doświadczeń było spotkanie z armeńskim artystą mieszkającym od 20 lat w Estonii.. Prowadzi on lekcje rysunku dla dzieci oraz zajęcia na estońskiej wersji polskiej ASP. Spotkanie zorganizowała Lena – nasza mentorka. Jedną z wolontariuszek w Estonii jest Armenka, poza tym marzyliśmy może o jakiś warsztatach plastycznych dla dzieci, którymi się zajmujemy. Niestety nic z tego nie wyszło, ale spotkanie było zabawnie interesujące, człowiek niezwykle oryginalny i potraktowałam to jako bardzo obiecującą zapowiedź na przyszlość :). Nie pomyliłam sie. W trakcie mojego EVSu spotkałam wielu ciekawych ludzi, a Toshi z Japonii był na pewno jednym z najciekawszych :)
Toshi podróżował przez rok po świecie i na koniec podróży postanowił także zostawić swój ślad w Imastu pracując z dziećmi. Niestety pech prześladował go od samego poczatku…
Toshi spóźnił sie na autobus Wilno-Tallinn, udało się wybrnąć jakoś z tej sytuacji, ale szybko okazało się, ze to nie koniec kłopotów. Toshi wybrał się w sam środek estońskiej zimy prosto z Afryki bez odpowiedniej odzieży. Pierwsza wycieczka jaką odbył w Estonii, była więc wycieczką po sklepach z tanią odzieża :) Niestety nie uchroniło go to przed chorobą, do której jego duma nie pozwalała mu się przyznać. Skończyło się to mało śmiesznie, 40 stopniami gorączki i karetką pogotowia, ale mimo wszystko szczęśliwie. Toshi był wolontariuszem tylko przez jeden dzień, resztę spędził w łóżku, ale za to wieczorami na kanapie przy cudownie gorącym kakao odkrywał przed nami Azje i samą Japonię :)
W podobny sposób poznawałam dokładniej USA, nie tylko zresztą :) Z Kaia amerykańską krótkoterminową wolontariuszką rozmawiałyśmy godzinami. Zaprzyjaźniłyśmy się i mam nadzieję, że ta przyjaźń przetrwa długie lata.
 
Co jedza strusie i jak się robi masło? I jak to mogło wyglądać oczami dziecka.
 
Czy w Estonii żyją strusie? Oczywiście że tak, na strusiej farmie na którą koniecznie trzeba się wybrać podczas letniej wycieczki. Struś to bardzo dziwny ptak i to wcale nie dlatego, że jest duży, łysy i pomimo, że jest z Afryki zdecydował się żyć w Estonii. To ptaszysko jest dziwolągiem, bo jako jedyne w świecie zwierząt żywi się czapkami :), a w dodatku jest żarłoczne, nie przepuści żadnej okazji. Razem ze strusiami żyją tez ich maluczcy pobratymcy, koguty. Oni tez są ciekawi, chcą się zaprzyjaźnić, i o dziwo nie trzeba w to wkładać wielkiego wysiłku. Trochę dziwne dlaczego tak jest, ale one nie żyją za “szklaną ścianą”, łatwo się z nimi komunikować.
Chwila tej fajnej jazdy samochodem i jesteśmy w miejscu gdzie mają dużo mleka, nawet więcej niż w naszej kuchni! Wlali to mleko do takich wielkich kul. Każda kula ma rączkę i powiedzieli, że możemy nią kręcić tak szybko i tak długo jak chcemy. Ludzie tutaj są naprawdę fajni! Oj, ale jedna Pani podchodzi do tej kuli i wygląda na to, ze chce mi popsuć zabawę, nieee! Nie rób tego! Ej, ale co to, w kuli nie ma juz mleka, ale gęste, żółte coś??? Pachnie, wygląda smakowicie. Hmmm… ojej chyba rzeczywiście będziemy to jeść, bo inne Panie wyjmują chleb i robią wszystkim z tego kanapki. Pychaaaa! Mam nadzieję, że dostanę więcej, baaardzo dooobre! Mówią, że to masło, ale to nieprawda, masło smakuje inaczej….
 
 
Przygoda z Litwa
 
Jak wiadomo każdy wolontariusz ma swój MID-TERM training. Ja byłam szczęściarą. Los chciał, że swoje szkolenie miałam w innym państwie bałtyckim – na Litwie. (NA z państw bałtyckich organizują je zawsze wspólnie i w ten sposób “mieszają” wolontariuszy.)
Pisałam coś o szczęściu? Byliśmy nawet podwójnymi szczęściarzami, bo wszystko odbywało się w nadmorskim kurorcie Palanga. Środek mroźnej zimy? Nic nie szkodzi. Nie ma nic piękniejszego niż pokryta grubym śnieżnym puchem plaża i na wpół zamarznięty Bałtyk. W dodatku w tym okresie przypadał 28 luty-1 marca okres, kiedy ludzie w państwach bałtyckich celebrują rychłe nadejście wiosny. Wzorując się jeszcze na pogańskich zwyczajach, palą ogniska, bawią się, tańczą przy muzyce ludowej, dzieciaki się przebierają… Przypomina to trochę karnawał w Wenecji tylko trochę z innymi widokami w tle;)
Właśnie na jedno takie wielkie ognisko natknęliśmy się na plaży w Palandze, ale ludzie się dopiero zbierali, nikt oprócz dzieci nie tańczył. Cóż, wolontariusze EVS musieli dać dobry przykład :). Na początku stworzyliśmy ogromne koło wokół ogniska, potem rozdzieliliśmy się na pary, tworząc własne wersje litewskich tańców ludowych, potem znowu stworzyliśmy krąg, ale był on jeszcze większy. Ludzie, którzy dotychczas nam się przyglądali postanowili się do nas przyłączyć. Gdy po raz kolejny rozdzieliliśmy się na pary, mieliśmy zdecydowanie większy wybór partnerów. Zachodzące Słońce, oblodzone przy brzegu morze, plaża tonąca w śniegu, muzyka, taniec i ogień…. To jest jedno z moich najpiękniejszych wspomnień z EVSu.
Chociaż to wcale nie był koniec litewskiej przygody.
Po szkoleniu wybrałam się jeszcze na moja prywatną wycieczkę do Wilna, o której zawsze marzyłam. EVS jest najlepszym momentem na spełnianie marzeń :) Obeszłam olbrzymia starówkę (największą w Europie Środkowo-Wschodniej) wzdłuż i wszerz, zajrzałam prawie do każdego kościoła (co nie jest takie proste, bo do Wilna należy też rekord w dziedzinie największej koncentracji kościołów). Nie będę oryginalna jak powiem, ze Wilno jest piękne. Zaczerpnęłam tam też duży haust polskości, której mi juz bardzo brakowało po półrocznym pobycie na obczyźnie.
Zamieszkałam u polskiej rodziny, w samym Wilnie tez mogłam porozumiewać się po polsku, odwiedziłam groby polskich królów. Myślę, że może mój odbiór Wilna byłby nawet zupełnie inny, gdybym nie przyjechała tam z Estonii.
Dużą frajdę sprawiło mi również to, że moja wizyta zbiegła się w czasie ze słynnym Jarmarkiem Kaziucha przypadającym zawsze w pierwszy weekend marca. Naprawdę polecam :).
 
Wodospad, święte kamienie, miejsce tajemnicze i taniec
 
Jest takie miejsce w Estonii, do którego z zainteresowaniem zaglądają i znają profesorowie z Oxfordu. A także wszyscy pasjonaci archeologii.
JÕELAHTMEE wokół, którego rozciąga się nie największy co prawda, ale duży rezerwat przyrody. Jest to miejsce pełne tajemnic i magii. Znajdują się tu bardzo rzadkie groby z czasów, kiedy po ziemi chodzili jeszcze Wikingowie. Unikatowy jest ich owalny kształt, fakt że są to groby pojedyncze, a nie zbiorowe, na których zapisano rzadkie znaki runiczne, a i to nie wszystko….
Na terenie rezerwatu znajduje się jeszcze kilka interesujących tzw. “świętych kamieni” i tymczasowa rzeka. Rzeka płynie jedynie wczesną wiosna, na resztę roku wysycha – można chodzić po dnie sucha stopą:). Zlokalizowany jest tez tutaj największy wodospad Estonii Jägäla i jeden z najstarszych kościołów.
Dla mnie to miejsce było wyjątkowe również dlatego, że mieszkali tam moi przyjaciele- francuscy wolontariusze EVS pracujący na rzecz miejscowego muzeum.
Przyjeżdżałam tam bardzo często (nie było to trudne – tylko 20 minut jazdy samochodem z Tallina) między innymi na comiesięczny wieczór z tańców ludowych.
Choć taniec nie jest moją najmocniejszą stroną, zawsze cudownie się bawiłam. Na te wieczory przychodziła cala osada razem z całymi rodzinami, przyjaciółmi i znajomymi. Każdy przynosił coś do jedzenia, jedni grają drudzy tańczą, uczą się wzajemnie kroków i po prostu dobrze się bawią. Taniec dla Estończyków jest niezwykle ważny, tańczyć uczą się naprawdę małe dzieci. Może jest tak dlatego, że zamknięci na co dzień w sobie Estończycy tylko w tańcu pozbywają się hamulców w ekspresji, wyrażaniu siebie.
 
Vembutembumaa- czyli wesołe miasteczko.
 
Na początku lipca wybraliśmy się do wesołego miasteczka, które wybudowano pod Tallinem specjalnie na okres letni. Było skakanie na takich wielkich powietrznych poduchach. Jak nasi "mali chłopcy" zaczęli skakać to nie sposób było utrzymać się na nogach, a nawet jak juz człowiek upadł to jego ciało wywijało salta w powietrzu jak piłka- super! :).Dzieciaki pokonały też tor przeszkód, prawie jak w wojsku. Wybraliśmy się też na basen i zjeżdżalnie wodne, ale to akurat nam nie wypaliło. Pogoda się popsuła i woda była zimna. Dziewczynki bały się zjeżdżalni wodnej, może i dlatego ze po upadku do wody w skutek niskiej temperatury wody, zatrzymywało oddech, sama tego doświadczyłam i po 20 minutach zmarznięte dzieciaki zabraliśmy z powrotem :-( Na szczęście w Estonii bardzo popularna jest sauna i nawet przebywając tylko blisko niej i biorąc gorący prysznic można się ogrzać. Poza tym lody, hamburgery, frytki i cola - ile to dzieciakom sprawia radości :).
Dzieci bawiły się świetnie, a my… Straciłam okazję na zarobienie dużych pieniędzy :)... w “Śmiechu Warte”. Poszliśmy jeździć na tych małych samochodzikach ATB, takich z dużymi kołami, plus jazda po muldach. Moja jazda skończyła się na drugim zakręcie daleko poza torem, to było bardzo widowiskowe :). Marjon i Tőnu mieli łzy w oczach bynajmniej nie z żalu nade mną, bo juz z daleka pomachałam i ręką że żyję. Niestety nie zrobili mi zdjęcia, bo jak stwierdził Tőnu starając się nie udusić ze śmiechu wszystko działo się za szybko. Byliśmy też na tych drugich samochodach, które zderzają się ze sobą i wyglądają jak poduszkowce. Tutaj oddalam kierownicę w ręce Mooniki, jednej z moich podopiecznych, co dało nam jeszcze więcej zabawy, bo jak się domyślasz, kierowanie tym pojazdem z siedzenia pasażera jest nie lada ekwilibrystyką, a w dodatku Marjon próbowała nas "zabić" - przednia zabawa :).
 
         To tylko okruchy wspomnień, trudno opowiedzieć wszystko, wyjaśnić dlaczego akurat to a nie inne wydarzenie łatwiej było wydobyć z pamięci. Gdy za 3 tygodnie zakończę swój EVS w Imastu i Estonii, wrócę do domu, pewnie zacznie do mnie wracać tysiące wspomnień. Niektóre rzeczy tutaj pokrótce opisane mogą się wydawać małe i nieistotne. Ale naprawdę trudno opisać emocje, uczucia, które sprawiają, że często rzeczy małe stają się wielkie.
 
Celina Karwa
Wolontariusz EVS
 
Imastu 23 lipca 2006 r.