|
WIZYTA PRZYGOTOWAWCZA, 11-14 września 2007 r.
Od 11 do 14 września organizatorki projektu - Monika i Kinga - odwiedziły wszystkie szkoły i intytucje, współpracujące przy realizacji projektu. Spotkania były bardzo owocne – poza omówieniem godzin i form spotkań z młodzieżą, udało się również przekazać pracownikom szkół podstawowe informacje o Wolontariacie Europejskim.
Kinga, koordynatorka projektu, mówi: "Wszyscy przyjęli nas z dużym zaciekawieniem. Mamy nadzieję, że podczas projektu uda nam się również zaciekawić młodzież! Na szczególną uwagę zasługuje Bank Żywności w Rzeszowie - dzięki niemu wiemy, jak załatwić potrzebne formalności, natomiast dla młodzieży istotną informacją jest to, że instytucja ta zajmuje się wysyłaniem wolontariuszy w ramach programu Wolontariat Europejski. Jest to zatem adres warty zapamiętania! Podczas wizyty na Podkarpaciu miałyśmy również okazję sprawdzić niektóre hotele, w których będziemy nocować, czas przejazdów oraz malownicze widoki, roztaczające się z okien samochodu. Czeka nas, uczestników projektu, dziesięć pracowitych dni na Podkarpaciu... Ale mamy nadzieję, że znajdziemy również chwilkę na podziwianie przepięknych okolic :-)". do góry GORLICE, piątek, 21 września 2007 r.
d Magda: Godzina 16. Kraków. Dworzec Główny. Gdy udało nam się zebrać – trzynaście osób z różnych części Europy, ruszyliśmy do naszych wynajętych samochodów. Dwa.
Jeden większy (czerwony czołg dla ośmiu osób plus bagaże) oraz amerykański super lux van. Pierwsi kierowcy: Monika (wspomagana przez automatycznego nawigatora Hołowczyca), Kinia (nawigatorzy z mapami Stefan i Mariusz).
Podróż do Gorlic zajęła nam sporo czasu: 150 km około 3 godzin, ale…Brawo dla Kingi Sokołowskiej za odwagę!!! Kinia prowadziła czerwone cudo po podkarpackich zakrętach, udało jej się też cofać i zawracać tak, że cali i zdrowi dojechaliśmy do hotelu.
Zgłodniali udaliśmy się bezpośrednio do stołówki, gdzie czekał na nas nakryty stół. Pierwsza mała potyczka słowna z panią kelnerką. Prośba o danie wegetariańskie bez ryb. Brak idei. Ostatecznie znalazło się rozwiązanie: ziemniaki, jajko i mizeria na jutrzejszy obiad.
Dzień pracy: przygotowanie spotkań dopiero jutro. Zmęczeni, z radością rozgościliśmy się w pokojach: ciepły prysznic, czysta pościel, zapoznanie się ze swoim współlokatorem i spokojny sen aż do śniadania , przewidzianego na dziewiątą. do góry
GORLICE, sobota, 22 września 2007 r.
Steffen i Adam: Po nocy spędzonej w hotelu „Glinik” wstajemy wcześnie rano, pełni zapału, chęci, energii i wszelkich innych tego typu pozytywnych odczuć. Ruszamy na śniadanie (jajecznica – dla wegetarian jajka po raz pierwszy). Po porcji niezbędnych kalorii możemy zacząć nasz aktywny dzień. Zaczynamy od rundy zapoznawczej. Następnie Kinga i mówiąca strona Kingi (Monika) przekazują nam podstawowe informacje, czyli plan działań na najbliższe dziewięć dni, następnie dzielimy się na grupy operacyjne: Grupa zaopatrzenie (podjęła się odpowiedzialnego zadania zakupienia wody, soków, napojów i czegoś do picia), zaklejaczy i przylepców (przyklejała nasze naklejki promocyjne wszędzie gdzie się dało, m.in. na naszych środkach lokomocji, czyli czerwonym czołgu i luks-vanie ), grupa wywiadowcza (przy pomocy super zaawansowanej techniki posiadła wszelką tajemną wiedzę, którą zgromadziła w tych jak się nazywają????... w tych …pokładnikach).
Wygłodniali jak myszy bez sera, ruszyliśmy pewnym krokiem na zieloną salę, gdzie skonsumowaliśmy obiad (dla wegetarian jajka po raz drugi). Po obiedzie przenieśliśmy się na zielona trawkę i mówiąca strona Kingi przekazała nam garść podstawowych informacji o Wolontariacie Europejskim… od 2-12 miesięcy, młodzież w wieku od 18-30 lat…itd., itp.. etc. Ledwośmy tu przyjechali a już ślub przygotowali, Cała sala wnet się zbiera lecz to nie jest wolontiera, My do pracy się garniemy i tańcować nie będziemy, Obowiązków masa czeka a z robotą się nie zwleka. Wieczorem wszyscy oglądają film o Wolontariacie Europejskim pt. „Nie rozumiem”. Kończymy dzień z uśmiechem, wspólnym śpiewem i tańcami. Karaoke grupowe nam się podobało, możemy iść spać śmiało. do góry GORLICE, niedziela, 23 września 2007 r.
Kinga: Niedziela. Już tylko jeden dzień do pierwszych prezentacji. Wszystko trzeba zapiąć na ostatni guzik. Spotykamy się rano. Dzielimy na dwie grupy. Jedni przygotują prezentacje dla klas (do klas wchodzimy dwójkami i mamy 45 minut na opanowanie sytuacji i przekazanie wszystkich informacji). Drudzy przygotują małe show dla „spędu” (czyli zebrania większej liczby młodzieży w jednym miejscu). Pomysłów tysiące. Praca wre. Obrazki sugestywne. Plakaty kolorowe. Role podzielone. Przy obiedzie wegetarianie nie marudzą, bo pierogi ruskie. Zamiast siesty poobiedniej planujemy wielką wyprawę do centrum Gorlic. Wyprawa wielka kończy się dla niektórych na parkingu przed hotelem. Tam grupa Dodge ćwiczy swoją znajomość mechaniki samochodowej – Vanik nie chce zapalić. Niezbędna okazuje się pomoc Pana Taksówkarza, który wspomaga nasz akumulator i samochód znowu będzie jeździć. Przy okazji chłopcy szlifują umiejętności dziennikarsko-operatorskie. Wzorując się na najlepszych amerykańskich gwiazdach, utrwalają całe zdarzenie. W tym czasie grupa „czołgistów” jedzie do centrum i z zaciekawieniem słucha o tym, ile fabryk kiedy w Gorlicach było (Adaś wzorowo przygotował się z historii miasta). Potem pokonujemy dzikie gorlickie ostępy i podziwiamy widok z Góry Cmentarnej. W drodze powrotnej zdobywamy kartony w „Biedronce” i uradowani wracamy do pracy. Kartony przeobrażają się już w hotelu w skrzydła, dom i skrzynkę pocztową - będzie ciekawie jutro na „spędzie”! Pracujemy dalej, ostatnie ustalenia, mała przerwa na perełkę kinematografii dokumentalnej – relację z naprawy Dodge’a, dalej praca, praca, praca. Jutro nasz wielki dzień. do góry GORLICE - JASŁO, poniedziałek, 24 września 2007 r.
Monika i Maciek: Dziś nasz WIELKI DZIEŃ!!! Pierwsze koty za płoty. Wczorajsze próby do późnej nocy odniosły dziś wielki sukces. Dziś ruszyliśmy na podbój Gorlic w dwóch ekipach. Jedna znalazła się w LO im. Kromera, druga w Zespole Szkół Technicznych. Każda miała też inną specyfikę prezentacji – w Liceum mieliśmy wystąpienie w Izbie Tradycji, przed większą grupą przedstawicieli całej szkoły, w ZST byliśmy w 6 klasach. Początek dnia. Stajemy przed szkołą. ZST. Wielki stres. Dzwonek! Głęboki oddech. Klasa. Wypuszczamy powietrze. Afu, afu afu… Oddech głęboki przechodzi w spokojny. Już wszystko w porządku. Zaczynamy. START. Jesteśmy w swoim żywiole. Spokój. Jedziemy. Kolejna lekcja. Coraz fajniej. Uffff... Uczniowie śledzili nasze opowieści i dokonania plastyczne z różnym zainteresowaniem.
Dokładnie w tym samym czasie rozgrywała się akcja w Liceum. Mała – wielka inscenizacja. Kinga narrator. Solenne ubrana w pudełko imitujące dom (czyt. organizację goszczącą). Mariusz – skrzynka pocztowa (czyt. organizacja wysyłająca). Vika ze skrzydłami anioła (czyt. mentor). Świetna zabawa z wolontariatem Europejskim. Potem odwiedzamy II LO w Jaśle. Szkoła prawdziwa bomba. Ogromne zainteresowanie. Dziesiątki zainteresowanych, setki pytań, tysiące słów - przedłużamy nasze spotkanie. Zafascynowani jesteśmy my i młodzież. Wszyscy wychodzimy szczęśliwsi. Pędzimy do naszej tymczasowej „chaty”. Nocleg i jedzonko w „Jasiu Wędrowniczku”. Wegetarianom uśmiech wraca na usta. Tym razem już nie jajka. Na talerzach ryba, pierogi, surówka. Podsumowujemy nasz pierwszy wielki dzień i dopinamy plan działań na jutro. Startujemy produkcję plakatów (po powrocie możemy stworzyć żywą drukarnie – tempo mamy coraz lepsze). Prawie wszyscy już padli po wrażeniach dnia dzisiejszego. My również z satysfakcją jeszcze oddzielnie pędzimy spać. Jutro nowe wrażenie. HURA! do góry b
b
RYMANÓW - KROSNO, wtorek, 25 września 2007 r.
b
b
Ewelina: Drugi dzień naszych wojaży po szkołach Podkarpacia za nami. Zaczęliśmy od wczesnej pobudki, bo pierwsze prezentacje w LO w Rymanowie mieliśmy zaplanowane już na godzinę 8.00. Na miejscu okazało się niestety, że zamiast obiecanych sześciu klas trzecich spotkamy się z wszystkimi chętnymi na raz. Ta nieoczekiwana zmiana planów nie zbiła nas jednak z tropu i, po dokonaniu niezbędnych przetasowań w obsadzie naszego przedstawienia (Kini zaczęło siadać gardło), pełni entuzjazmu wkroczyliśmy do akcji. Nie daliśmy się zaskoczyć i poszło nam naprawdę ok. Zainteresowanie średnio umiarkowane, ale kilka osób zostało dłużej, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Po Rymanowie wróciliśmy na śniadanie do naszego ukochanego Jasia Wędrowniczka (sama radość). Niektórzy przesadzili chyba co nieco z ilością jedzenia, czego efektem był zerwany zaczep od ławki/huśtawki (kilka osób zaliczyło twarde lądowanie na betonie). Załoga Jasia zachowała się jednak wzorowo i zamiast wyrzucić nam, że demolujemy im zajazd, przeprosili nas i zapytali, czy nikomu nic się nie stało. Po tych przygodach pojechaliśmy do kolejnej szkoły na naszej trasie, czyli Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Krośnie (pani pedagog stanęła na wysokości zadania i doskonale poradziła sobie ze skomplikowaną logistycznie akcją przydzielenia nas do 11 klas na dwóch kolejnych godzinach lekcyjnych [wiwaty i oklaski]). W różnych klasach było różnie, ale wszyscy byliśmy mniej lub bardziej (zazwyczaj jednak bardziej) zadowoleni. Zwłaszcza prezentacje w technikum obfitowały w warte zapamiętania kwiatki (zwłaszcza chłopcy byli bardzo kreatywni). Co więcej, zainteresowani wolontariatem byli nie tylko uczniowie, ale także ich nauczyciele i księża :-) Po Rymanowie wróciliśmy do Jasia na dwugodzinny obiad (dla wegetarian tym razem pierogi z kapustą i grzybami), po czym przetransportowaliśmy się do Sanoka, do hotelu Pod Trzema Różami (chwała im! po raz pierwszy uzyskaliśmy dostęp do internetu z jakąś przyzwoitą prędkością). Po krótkim odpoczynku ponownie uruchomiliśmy naszą manufakturę, produkując jeszcze więcej wizytówek, a na kolację zjedliśmy pyszną zupę warzywną (mimo Stefana burczymuchy) i placki po węgiersku (dla niektórych obiadowa powtórka z rozrywki). Dzień skończyliśmy projekcją filmów i zdjęć z dwóch ostatnich dni. Pełni entuzjazmu nie możemy doczekać się jutra. Tym bardziej, że zaczynamy dopiero o 9.45 ;-) do góry SANOK, środa, 26 września 2007 r.
b
b
Jadzia: Dzisiaj mogliśmy sobie trochę pospać, zaczynamy dopiero o 9.40. Tym razem liceum w Sanoku. Prowadzony przez Steffena „czołg” został perfekcyjnie zaparkowany przez korzystającą ze wskazówek pana parkingowego Monikę. Dzielimy się na sześć zespołów, odważni: Monika i Maciek idą sami. Po prezentacji wszyscy są zachwyceni młodzieżą i ich zainteresowaniem tematem. W większości klas zasypywani byliśmy szczegółowymi pytaniami, po czym trochę spóźnieni zaczęliśmy spotkanie z kołem wolontariuszy, prowadzonym przez panią Iwonę. Po rozgrzewce poprowadzonej przez Ewelinę, Mariusz zadebiutował jako prowadzący. Na „luziku”, poszło wszystko fajnie. Jak na dobre liceum przystało, po prezentacji zostaliśmy otoczeni wianuszkiem kilkunastu zainteresowanych osób. Jeszcze na ulicy przed szkołą zaczepili nas uczniowie, zadając pytania o konkretne projekty. Fajnie tak zaszczepiać w ludziach ten nasz „wolontariacki entuzjazm”. Po ciężkiej pracy czas na relaks, poszliśmy więc zwiedzać Sanok. Panorama na dolinę Sanu była przepiękna. Potem głodni pełni wrażeń udaliśmy się do sanockiego skansenu. Głód zwyciężył, więc zamówiliśmy w gospodzie jakieś ukraińskie przysmaki, a chłopcy - konserwatyści zjedli mięcho z ziemniaczkami. Następnym punktem było zwiedzanie skansenu pod przewodnictwem miłego pana z długą siwą brodą. Dwie godziny zleciały bardzo przyjemnie i szybko (w towarzystwie „kurnych chat”). Na koniec dnia ruszyliśmy w drogę do Ustrzyk Dolnych, zabierając po drodze autostopowicza, któremu nie omieszkaliśmy przedstawić możliwości wyjazdu na wolontariat. Do domu mógł się udać dopiero po odebraniu ulotek, smyczy i długopisów. A my tymczasem dojechaliśmy do hotelu, ulokowaliśmy się w pokojach. Na kolacji zabrakło oczekiwanych przez kilka osób naleśników po hiszpańsku, więc zrobiliśmy wielkie buuuuuuuuu!!! i obeszliśmy się smakiem. Kolacja i łóżeczko. Wszyscy są padnięci (czyt. zmęczeni) a jutro czeka na nas Zespół Szkół Zawodowych - kolejne wyzwanie dla naszych zdolności pedagogicznych i zmęczonych gardeł. do góry USTRZYKI DOLNE - PRZEMYŚL, czwartek, 27 września 2007 r.
b
Przedzierające się przez chmury słoneczko zapowiadało kolejny piękny dzień. Rozpoczął się on od wizyty w ZSZ w Ustrzykach Dolnych. Przedstawiliśmy idee Wolontariatu Europejskiego w sześciu klasach. Uczniom spodobała się nasza akcja, która dała im alternatywę na przyszłość. Pozyskaliśmy fanów, którzy gonili nas w celu zdobycia pomarańczowych gadżetów. Następny cel – Przemyśl. Szlakiem bieszczadzkich aniołów dotarliśmy do karczmy na kawę. Nie obyło się bez śpiewu i gitary. Akcja „śpiewanie, tudzież muzykowanie” przyciągnęła nie tylko słoneczko, ale także uwagę innych gości. Pełni energii ruszyliśmy w dalszą podróż. Bieszczadzkie pejzaże umilały nam trasę. 14:30 – dotarliśmy do miasta. Deser po obiedzie w „Barze Wirtualnym” okazał się dla niektórych z nas prawdziwie wirtualny… Najedzeni (nie wszyscy), przystąpiliśmy do prezentacji w Liceum Ukraińskim. Prezentacja wypadła znakomicie. Pierwszy raz wykorzystaliśmy film pt „ Nie rozumiem” opowiadający o pracy wolontariuszy. Spotkanie trwało około 2 godzin. W drodze na nocleg nastąpiła nieoczekiwana zmiana kierowców. Stefana zastąpiła rezolutna i odważna mademoiselle Solenne. Dotarliśmy do hotelu „Piast”, gdzie zrobiliśmy gruntowne porządki w naszych materiałach. Zmęczeni, ale usatysfakcjonowani poszliśmy śnić o kolejnych akcjach. do góry
b
JAROSŁAW - ŁAŃCUT / CZARNA, piątek, 28 września 2007 r.
b
Vika: Kolejne spotkanie w Jarosławiu. Rozdzieliliśmy się do sześciu klas ZSZiO. Uczniowie tej szkoły byli wyjątkowo zainteresowani. Już sam klimat szkoły pokazał, że są tu ludzie aktywni. Działa tu bowiem szkolny radiowęzeł kierowany przez samych uczniów. Przez niego mogą słuchać ulubionej muzyki w czasie przerw. Po prezentacjach Pani Dyrektor zaprosiła nas na kawę do swego gabinetu, aby chwilę porozmawiać o naszych wrażeniach ze spotkania z jej podopiecznymi oraz możliwościami, które daje Program Młodzież w Działaniu. W chwili wyjazdu z terenu szkoły, żegnani byliśmy przez uczniów, z którymi także zrobiliśmy sobie zdjęcie pamiątkowe. Chwilą wytchnienia był spacer po parku w Łańcucie, gdzie także mieliśmy okazję popatrzeć na zamek Lubomirskich. Jednak czekało nas jeszcze dwa spotkania: w MDK w Łańcucie oraz Dom Kultury w Czarnej. Jednak zanim do nich doszło nastąpił mały wybuch pomysłu, aby wziąć tablice informacyjne na ramiona i urządzić uliczną łapankę pośród młodzieży na ulicy miasta. W jej trakcie Stefan otrzymał od tubylca ogon świeżo przejechanej przez auto wiewiórki. Część naszej grupy po godzinie siedemnastej przystąpiła do prezentacji na miejscu a druga udała się do Czarnej. Tu spotkanie zorganizowała Magda, była wolontariuszka pochodząca właśnie z tej miejscowości. Uczestnicy byli zainteresowani nie tylko udziałem w wolontariacie europejskim, ale także podjęciem innych działań w ramach całego Programu Młodzież w Działaniu. DLA MADZI WOLONTARIUSZKI - WIELKIE BUZIAKI I CAŁUSKI ! I tak upłynął nam kolejny dzień. Tej nocy odpoczywamy już w Rzeszowie. do góry RZESZÓW, sobota, 29 września 2007 r.
b
Solenne: Today was the last full working day! Już!! Sniff… On this Saturday morning, we so woke up in a nice hotel in Rzeszów. Yet early in the morning the sun is shining and the sky is very blue, without any clouds. A promising day is beginning! We all met in the restaurant room for breakfast at 8.30am. Once again we could enjoy a nice breakfast, which satisfied everybody. Damian, our contact in the city, who works at Bank Żywności, joined us, distributing by the way a lot of “gifts” about the region, Podkarpacie: touristic brochures, necklaces and a tee shirt that we wore during your intervention in Rzeszów... red, black, blue, white or beige are the colours of the day! After that, around 10am, we headed to a little square in the city centre, just on one of the main shopping street, close to a McDonald’s (strategic point, close to which a lot of youngsters may regularly pass by :-) during our stay). Today we were acting “na ulicy”, informing the young pedestrian and Saturday’s shoppers. It was quite hard to install our material and numerous boards as the wind was blowing and we often had to run after our leaflets :-). As it was Saturday morning, a few people passed by the square and we could inform some youngsters, giving them details about EVS, answering their questions and distributing them our last gadgets and leaflets. But acting in the street is really quite different from acting in schools and it needs for sure a different method. I spoke to a young High School pupil who was very interested in EVS. He actually would like to go to France and especially (and exclusively) to Paris, where he already went for one week by the past. EVS could be the opportunity, but he is also thinking of going to study to France. I answered to his questions as well as I could. At 2pm, our intervention came to an end. It was time to go for lunch. Damian brought us to a nice restaurant promising “Kuchnia Polska & Pizza”. We got two tables under the basement and enjoyed a great lunch in a very charming atmosphere. Naleśniki were particularly appreciated! After that, we came back to the hotel, not for a siesta but for an evaluation of the week, and last but not least: to prepare our last evening together!! Thus at the hotel we evaluated the all week, each one of us giving his/her own opinion, liberating positive minds as drawbacks. Anyway, the most recurrent sentence undoubtedly was “bardzo podabała mie się” and we all seemed quite delighted (notably about the preparatory visit, the organisation of the all week, the cohesion in the group, the meals and accommodation, etc), not hesitating to point out some perfectible points. After we met Damian at the Rynek in the late evening. We so could enjoy a Saturday night evening in Rzeszów, in a nice student pub! As for me, Rzeszów definitely is a pleasant city. This is not a big one but it a quiet and sympathetic atmosphere. do góry RZESZÓW, niedziela, 30 września 2007 r.
b
Agata: Niedziela, dzień powrotu. Buuuuuuuuu :-(. Wstajemy wcześnie rano, jemy śniadanie i opuszczamy gościnny Rzeszów, kierując się ku Pleśni - małej wsi na pograniczu województw podkarpackiego i małopolskiego, dokąd zaprosił nas miejscowy Dom Kultury. W południe po raz ostatni prezentujemy informacje o Wolontariacie Europejskim, ale tym razem nie tylko młodzieży, ale i dorosłym, zainteresowanym przyszłością swoich dzieci, a nawet wnuków :-). Druga część ekipy doprowadza do porządku nasze samochody (usuwamy naklejki) i robi porządek w zdjęciach, żeby umieścić je później w internecie. Wyjeżdżając z Pleśni czujemy, że nasz projekt definitywnie się kończy. Ale tylko na Podkarpaciu - już teraz snujemy plany na rok przyszły. Do zobaczenia zatem za dwanaście miesięcy - może na Lubelszczyźnie, a może na Pomorzu? |
||||
|
|||||